Swiat proza pisany.

październik 8, 2006

Las samobojcow – wersja nr2.

Zaszufladkowany do: Smierc. — czarnymotyl @ 11:04 am
Szedłem z bronią w ręku. Bez jakiejkolwiek nadziei. Piłem swoje łzy, gdy otwierałem usta śmiejąc się. Wszystko było takie ironiczne w moim krótkim życiu. Nieudane miłości, straciłem wszystkich swoich przyjaciół. Starałem się być taki nietuzinkowy, a banalność mnie zabija. Czułem się bardzo samotny. Byłem jednym z wielu, którzy czują się w tej chwili jak ja, ale żyją. Nie Ja. Dla mnie śmierć zawsze była czymś ciekawym. Czymś co mnie zawsze interesowało. Dawało mi sens życia, bo chciałem ją lepiej poznać. Myślałem, że mnie śmierć samobójcza nie dosięgnie. Byłem pewien, że jestem silny, że zdołam sobie poradzić z wielością złych uczuć, które codziennie mnie ogarniały. Chciałem tylko z nią flirtować, bo do dziewczyn jakoś nie miałem zapału. Byłem zbyt wstydliwy. Wiedziałem, że Ona na pewno kiedyś się pojawi. Uświadomiłem sobie później, że się w niej zakochałem, a Ona we mnie. Żyłem taką platoniczną miłością długie lata. Dzisiaj, mieliśmy się zobaczyć po raz pierwszy w życiu. Była piękna w moich myślach, choć nigdy nie widziałem jej twarzy. Czułem ja zawsze, gdy zawiał wiatr, albo gdy mgła zasłaniała mi drogę w życiu. Czułem ją, gdy zimne krople deszczu spływały po moich policzkach i gdy błyskała z piorunami podczas burzy. W mrozie i w upale. Była zawsze koło mnie i trzymała mnie swoją białą, mroźną dłonią tak mocno, że nie dała przestać o sobie myśleć.
Było to lasie, w którym drzewa były ułożone w równe linie. Był on tak wielki, że nie było widać końca, a gałęzie zaczęły rosnąć dość wysoko, więc nie zasłaniały tego, co znajduje się daleko. Szedłem szybkim tempem jak najdalej w głąb, wspominając przeszłość, bo o przyszłości to ja nigdy nie myślałem. Tylko dzisiaj wiedziałem, co się zaraz stanie. Każdą łamaną pod moimi krokami zeschniętą korą, zbliżałem się do środka tego odludzia, gdzie miała się odbyć moja ceremonia zaślubin. Póki śmierć nas nie połączy, tak by dzisiaj powiedział ksiądz. Gdy już wszedłem odpowiednio głęboko do lasu, popatrzałem ostatni raz w niebo i włożyłem niedawno kupiony rewolwer do ust. Trzęsłem nim tak mocno, że obijająca o moje zęby lufa, sprawiała mi taki ból, iż postanowiłem się oprzeć o drzewo. Naglę ujrzałem błysk przed swoimi oczami, ze zdjęciem człowieka z pętlą zawiązaną wokół szyi. Przestraszyłem się. Dotknąłem jeszcze raz drzewa i moim oczom ukazała się historia człowieka, który powiesił się na tym drzewie. Wchodzącego powoli z grubym sznurem i gotową pętlą, na najgrubszą gałąź, by efekt był pewny. Trzymał przed skokiem zdjęcie jego ostatniej kobiety, którą zapewne bardzo kochał. Rozstali się w kłótni, której powodu nie poznałem, ponieważ wszystko było nieme. Tak nieme, jak twarz. Jego oczy puste od wewnątrz i opadające powieki z bezsilności. Chude nogi, kościste policzki. Długo się chłopak męczył. Bez jakiegokolwiek przekonania do sensu życia żył. Dobrze wiedziałem co on wtedy czuł. Patrzałem tak na niego i choć wiedziałem co się stanie po skoku, to trząsłem się ze strachu. Skoczył, a przed mymi oczami pojawił się tylko naprężony sznur z drzewami w tle. Nie widziałem twarzy, która staje się czerwona z powodu nadmiaru krwi. Nie słyszał dźwięku łamiącego się karku. Widziałem tylko ten gruby sznur. Zaraz się ocknąłem cały przerażony. Popatrzałem tylko na tą gałąź i widziałem zdartą korę od obracającego się sznura. Nikogo tam nie było. Nie wiedziałem, czy ma wierzyć temu co przed chwilą zobaczyłem. Chciałem się cofnąć, gdyż to co się stało bardzo mnie przeraziło. Upadłem potknąwszy się o kamień i wylądowałem na worku, który służył jako worek na śmieci. Zobaczyłem wtedy samobójcę, który udusił się gazem, wypełniającym worek. Była to młoda dziewczyna. Trzęsła się cała przed zakładaniem worka. Płakała tak bardzo, że ledwo widziała co robi. Wszystko dobrze zaplanowała. Było to widać. Skomlała coś pod nosem o kłócących się non stop rodzicach. Mówiła o tym, jak po każdym powrocie z domu, musiała słuchać ojca, który krzyczy po matce, że znowu jest pijana. Matka natomiast, że on nierobem. Ona była inteligentnym dzieckiem, lecz los chciał, że się urodziła w takiej rodzinie, która nie potrafiła w Niej nic dostrzec. Do worka była przytwierdzona puszka z gazem, którego nazwy nie zauważyłem. Wszystko dobrze obklejone taśmą, by gaz się nie mógł wydostać na zewnątrz. Wcisnęła przycisk i jej ciało zaczęło się wykrzywiać na wszystkie strony z bólu. Krzyczała wniebogłosy. Zaraz później ucichła i ślina zaczęła wypływać jej ze zdrętwiałych ust. Sięgała ręką w stronę worka. Bóg jeden wie, co chciała zrobić. Nikt jej nie słyszał, ani nie mógł pomóc. Trzęsła się jeszcze chwilę na ziemi, choć jej serce przestało już bić. Był to straszny obraz, który musiałem zobaczyć. Zacząłem wrzeszczeć, na ten przeklęty las, kopać drzewa i rozglądać się chaotycznie wokół siebie szukając kogokolwiek. Znów się przewróciłem. Upadłem obok strzykawki i woreczka z resztkami jakiegoś białego proszku, i butelka po wódce. Zdziwiło mnie to strasznie, ponieważ wcześniej tego nie zauważyłem. Zamknąłem oczy i trzęsącą się ręką, dotknąłem jednym palcem woreczka. Zobaczyłem studenta, który jest w trakcie mieszania narkotyku z wódką w strzykawce. On nie płakał. Był tylko bardzo zdenerwowany. Chciał zrobić nazłość rodzicom, którzy wywierali wpływ na jego przyszłość. On chciał zostać informatykiem, ale u niego w rodzinie, każdy to lekarz. Przeklinał pod nosem na rodziców. Nienawidził ich za to, że się wtrącają do jego życia. Teraz chciał im dać ostatnią nauczkę. Zanim wszystko wziął, otworzyłem szybko oczy. Stałem szybko na nogi i cofałem myśląc co się dzieje. Obróciłem się i zobaczyłem nóż na ziemi. Była na nim resztka krwi. Nagle poczułem za moimi plecami dziwne ciepło i śpiew. Obróciłem lekko głowę. Była tam dziewczyna, która przyszła tutaj ostatni raz w swoim życiu . Kiwała się to do przodu to do tyłu nucąc jakąś smutną piosenkę. Choć nie rozumiałem co śpiewa, to każde słowo przemawiało do mnie z wielkim dramatyzmem. Wszystko przeplatane było płaczem i zachrypniętym głosem. Nóż służył jej do cięcia się na wysokości nadgarstka. Ruchy były skoordynowane do ruchów kiwającego się ciała. Nie była przerażona bólem, ani sytuacją. Patrzała tylko przed siebie cały czas. Jakby widziała coś, czego inni nie widzieli. Czasem mrugnęła oczami, które sumie same zamykały. Był to bardzo drastyczna śmierć samobójcza. Jedna ręką była na tyle przecięta, że pod nią była już spora kałuża krwi. Z ledwością cięła się dalej drugą ręką. Jej powieki stawały się coraz cięższe, a uśmiech na twarzy coraz większy. Obok niej leżała kartka, z wiadomością, iż nie dostała się na uczelnie. Bardzo chciała tam iść. Ocuciła się ze swojego transu i puściła nóż. W tym samym momencie upadła na ziemie i ostatkiem sił powiedziała – przepraszam. Chwyciłem się za głowę. Krzyczałem tak mocno, że poplułem się krwią, która wyleciała z mojego gardła. Postanowiłem rzucić rewolwer daleko od siebie i uciekać. Biegłem przez ten las i mijałem kolejne osoby, które odebrały sobie tutaj życie. Dziewczyna, która była wyśmiewana w szkole, za jej charakterystyczną urodę. Płonęła cała i pomimo tego, że chciała ugasić ogień, gdyż sprawiało jej to zbyt wielki ból, to jednak benzyna na jej ciele nie chciała się ugasić. Mijałem też wielu, którzy masowo połykali tabletki. Wszelakiego rodzaju. Robili to bez opamiętania. Niektórzy popijali alkoholem, a niektórzy wodą. Byli tacy, którzy wbijali sobie nóż w ciało bez opamiętania, ale i tacy, którzy wdrapywali się na czubek drzewa, by następnie z niego zeskoczyć. Widziałem pary samobójcze, które pomagały sobie nawzajem odebrać życie. Zrozumiałem wtedy, że ten las to lek na chorobę, która i tak później przechodzi na innych. Bo te problemy po samobójcach i tak przechodzą na innych, roznoszone wiatrem. Dochodzą do innych, tak jak i doszły do mnie. Gdy powoli wybiegałem z lasu, mijałem osoby, które widziałem na początku. Patrzyły się one na mnie z pogardą. Nie dlatego, że się nie zabiłem, lecz dlatego że chciałem to zrobić. Każdy z nich zaraz przed śmiercią zrozumiał, że chce jednak żyć. Było już niestety za późno. Czas, choć biegnie tak samo dla wszystkich, to dla uczuć jest on zmienny. Wyleciałem jak oszalały na jezdnie i nieomal co, a potrąciło by mnie auto. Zahamowało przede mną z piskiem opon. Nie zatrzymałem się. Biegłem dalej próbując zapomnieć o tym wszystkim co przed chwilą widziałem.
Od tamtego momentu nigdy nie próbowałem popełnić samobójstwa. Wiele razy myślałem o tym, ale zawsze wtedy wracały do mnie obrazy z tamtego dnia. Zostałem samobójcą, który już nie próbował się zabić. Stworzyłem nowy rodzaj samobójcy – taki, który chce, ale nie potrafi. Jedyne co zabiłem to swoją psychikę miłość do Niej.. Znienawidziłem siebie jeszcze bardziej, za to, że chciałem strzelić, że nie pomyślałem o bliskich. Za to, że inni mieli gorsze problemy. Bałem się też rozmyślenia w ostatniej sekundzie mojego życia. Bo czasem, już nie ma czasu, by powiedzieć, że za późno. Choć dalej nie chcę żyć, to jestem. Z czasem wszystko się zmieni, bo jedyna stała rzecz w naszym życiu to zmiany w nim zachodzące.

Blog na WordPress.com.